hanuszkiewicz marcin - aleksandra komsta

Marcin Hanuszkiewicz – this may generate ółł ółł

 

niewidzialny inkunabuł


Mgła, której obecność zasłania moment przybycia mgły – do czego to podobne? To, czego doświadczasz we mgle, pozostaje w śmierdzącej rzeczywistości również po odpełznięciu mgły.
Tego, co mgła zastaje, mgła nie zostawia – mgła zostawia za sobą mgliszcza.
W konsekwencji: grzebanie w mokrej masie mielonych ziaren kawy, nasion pomidora, pestek fioletowych oliwek, włosów wyśnionych z odpływów, domyślnych pancerzyków wymienionych na artefakty… Ciebie grzebanie.

 

 

to mój stygmał


Popełniono transgresję: weszliście w Śnienie zanim nadeszła pora na Śnienie. Wszechwładna miękkość konturów! Rzeczy nie są rzeczami na długo: szybko rozmywają się, tracą pozorną indywidualność nadaną im przez kapryśne Śnienie. Piętra pozbawionych źródła świateł, ręce zgrabiałe od zimna mimo dwóch warstw skóry, błędokręty korytarzy i dźwięków wyrwanych ciałom, tworzących z rozpędu nowe kombinacje. Jest naprawdę zimno. Ściana bladego koloru w zespole z tłuczonym szkłem, w ścianie okno pomieszczenia niemieszczącego, pękającego w szwach, przepełnionego sukulentami, których grube, soczyste pędy przyparte są do szyby, która t r z e s z c z y.
Czujecie ten zapach? Mięsu grożą tortury.

 

 

wzgórze trzeciego tysiąclecia


Wiele drzwi trzeba było odnaleźć, z usług wielu portalowni trzeba było skorzystać, ale jesteśmy! Dzwonienie w uszach powoli ustaje, a dziurawa, błotnista droga prowadzi przez głębokie gąszcze krzewów, które mimo późnej pory nie straciły jeszcze wszystkich liści – plamy zieleni świecą we wszechobecnej na tak wysokiej częstotliwości bieli. Czyste, zimne powietrze niesie ciągnący się dźwięk przypływów i odpływów; gdzieś niżej w korycie ekranów akustycznych płynie autostrada.
Nachodzące na siebie labirynty rozgałęzień gromadzą unoszący się w powietrzu biały kryształ, podkreślając czerwień nielicznych już owoców jarzębiny, którymi żywią się zwinne kosy; gdy owoc pęka ściśnięty dziobem ciemno upierzonej samicy, kolor intensyfikuje się; żółto błyska brzuszek sikorki; szum z niższych częstotliwości marszczy się, zagęszcza w ukrytych punktach trzepotu; gdzieś głębiej tajemniczy się linia głosu większego ptaka.
(Pamiętasz, jak na dużo niższych częstotliwościach prawie unicestwiło cię rozbestwione storczykowisko pełne dzików, komarów, much i szerszeni?)
Idziemy i idziemy, jąkając się i potykając. Nad gąszczem zarysowuje się w czystej bieli cienista sylwetka starożytnej konstrukcji: gigantycznego narzędzia tortur i śmierci. Im bardziej się zbliżamy, tym, po pierwsze, łatwiej rozróżnić części instrumentu od ciała obcego, a po drugie, silniejsza staje się dobiegająca nozdrzy woń rozkładu, kontrastująca tak silnie z miękką obecnością ptaków.

 

 

ćwiczenie, coś jak rebus


Sporych rozmiarów gołąb skalny sięga do przytarganego na skwer worka z pieczywem i pełnymi skrzydłogarściami rozrzuca pszenne wypieki po nierówno położonej kostce brukowej, o którą siniaczą się nadzy ludzie wyjadający w podrygach okruszki.
A zatem, ludzie na smyczach Niemożliwa do ustalenia pozostaje relacja między powyższym a wyłączeniem z ruchu drogowego pobliskiego ronda zajętego przez gargantuiczne cielsko węża, którego nazwać należałoby według taksonomii czerwonobrzuchym, gdyby tylko nie był gigantycznych rozmiarów, co zaprzecza charakterystyce gatunku.
Sprawą możliwą do ustalenia, acz wciąż nieustaloną, jest los obywateli przebywających w niewielkim parku wewnątrz ronda w chwili pojawienia się węża, który od początku gryzie z wielką zapalczywością własny ogon. Dla Obserwatorów Zewnętrznych jasne jest, że niniejsza manifestacja uroboralna realizuje mityczny sens zarówno tego ronda, na którym pojawił się wąż, jak i wszystkich innych rond, w obrębie których niemożliwa do odrzucenia staje się wężowa natura ruchu, ruchu drogowego oraz poruszeń przeznaczenia.

 

 

idzie znów w noc


Coś uległo wzburzeniu, gdy gawron starł się z mewą (ich głosy tak podobne).
Wszedłem już w komunię z myślami, wszystko płynie, pływa, odpływa i przypływa; szum wysokich traw, wielkie kryształy czarnego kwarcu; jak gdyby ktoś z wdziękiem skradał się w twoją stronę, jak gdyby ktoś był już o krok, zbliżając ciemne wargi do bladego ucha, w którym ślimak pokazuje rogi – za blisko! Po schodach za drzwiami idą ludzie, śmieją się, ktoś trzyma w dłoni plastikową butelkę: archonci wypychają butelkę z dłoni tej osoby, butelka spada w dół po schodach, butelka uderza donośnie w każdy chyba schód. Wszystko pływa, odpływa.
Z cichym podmuchem otwiera się nowa ścieżka, wyszklona: połyskująca odłamkami szyb wystawowych, wypolerowaną powierzchnią manekinów o głowach przypominających kwiat oplątwy:
cd C:\Użytkownicy\undula\kwiecisty skleppe ↵

Perły wydalone z tych innych małży, ach, pola niezmierzone futra lamparciego! I łańcuch, którego ostatnie ogniwo przeciągnięte jest przez fałd skóry na karku.

 

Ilustracja: Aleksandra Komsta

Aleksandra Komsta urodziła się w 1994 roku. Pochodzi z Lubelszczyzny. Wychowała się w okolicach uzdrowiska Nałęczów. Tworząc szuka na wielu polach. Malarstwo i obiekt są jej bliskie, ale najlepiej opowiada rysując. Interesują ją sprawy na granicy przeoczenia, losy ludzi i przedmiotów. Studiuje malarstwo na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, ma też za sobą doświadczenia związane z kognitywistyką i filologią angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w autorskim projekcie muzycznym, gdzie pisze teksty i komponuje. Chętnie sięga po wiersze afroamerykańskich poetek, literaturę japońską i amerykańską.