sambor aleksandra komsta

Mariusz Sambor – proste odpowiedzi

z cyklu: Nieoczekiwane przestoje w chmurach…

Szał? Może i szał, ale kiedy w końcu się przywlokłem, szału nie było. Wszyscy stali przed wejściem ze swoimi telefonami. Nikt jeszcze nie patrzył na burzę, która ledwo, ledwo, ale już gdzieś nad północnym horyzontem ukazywała błyskające oblicze. Dopiero gdy zagrzmiało, tłum w końcu się rozstąpił. Teraz trzymali w rękach kieliszki z białym lub czerwonym winem, ale wszyscy, jak na rozkaz, stanęli w tyralierze i wypatrywali rozbłysków na niebie.
Stanąłem z boku i się przyglądałem. Widziałem dobrze. Wszyscy wyglądali tańca piorunów na nieboskłonie. Nawet kobieta w czerwonej sukience na ramiączkach, kończącej się spory kawałek nad kolanami, stojąca z boku przy wejściu – jestem niestety jednak bardzo wyczulony na urodę – nawet ona patrzyła na niebo jak wszyscy.
Ja również widziałem, jak na ciemnym niebie rozbłyskały pioruny, krzyżowały się, wydłużały, rozciągały w milisekundach, imponująco nakładały w deszczowych chmurach na siebie. Nagle i tutaj lunęło, ale nie wywołało to żadnej zmiany. Wszyscy staliśmy pod dachem przed wejściem do sali, w której za moment miał zacząć się koncert ku pamięci zmarłego znajomego perkusisty i premiera płyty, którą nagrał, ale niestety nie doczekał już jej wydania. Grzmiało i błyskało. Był to niezwykły spektakl, w sam raz wstęp do muzyki improwizowanej.
Była bardzo ładna, chociaż to zwyczajowe określenie zupełnie nie oddawało pełni wrażeń. Jasne włosy związała w ogon. Nadal stała trochę z boku, częściowo zasłonięta dwoma innymi kobietami. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Przy kolejnym grzmocie jedna z jej towarzyszek drgnęła i przesunęła się, może przestraszona, może, żeby lepiej widzieć ogniste błyski na tle zupełnie pociemniałego nieba. Dopiero wtedy zobaczyłem. Miała bardzo zgrabne i długie nogi, a jedna łydka była czerwona jak jej sukienka. Srebrne kolano odbijało błyski z północnego nieba. Proteza kończyła się powyżej kolana, a czerwona łydka była co najmniej tak samo zgrabna, jak ta druga, powstała w wyniku połączenia komórek jej rodziców najwyżej trzydzieści kilka lat temu.
Kolejny raz, teraz już bezgłośnie, błysnęło. Wszyscy nadal wpatrywali się w oczekiwaniu, co nowego przyniesie ten jakby pokaz rozgrywający się na niebie. A ja patrzyłem spod oka. Tak, powiedzieć, że była rzeczywiście bardzo ładna, to jakby nie powiedzieć nic. Nie umiałem się powstrzymać i ciągle wracałem spojrzeniem. Stała uśmiechnięta, swobodna i naturalna, a ja, zamiast w niebo, gapiłem się jak młokos. Piękno zwykle przyciąga uwagę. Starałem się zachować pozory, ale naprawdę najzwyczajniej się wgapiałem. To była rzeczywiście piękna twarz i zgrabna figura. Stałem wciąż z boku i lampiłem się w nią całą, starając się nie patrzeć na czerwoną łydkę. Chyba wszyscy tak mamy.
Czy to kształt, czy kolor zwrócił moją uwagę? Jedno i drugie. Jesteśmy przecież tylko zwierzętami w ludzkiej skórze. Niektóre i niektórzy z nas patrzą na tyłki, inni na biusty, dłonie, włosy, no i oczywiście na twarze. Może jako biegacz jestem bardziej wyczulony na kształt, a może z zupełnie innego powodu ja akurat w pierwszym momencie zauważam nogi. Tak, całkiem możliwe, że od pewnego czasu robię tak z zupełnie innego ładnego powodu.
Znowu grzmiało i lało. Czułem się niekomfortowo. Gapiłem się seksistowsko i nie umiałem nic z tym zrobić. Nawet nie potrafiłem się powstrzymać. Może nie chciałem. Możliwe, że zwyczajnie od dawna brakowało mi podobnego widoku. Całe szczęście, że stałem w pewnej odległości i jak wtedy, przed laty, mogłem sobie pozwolić na swobodę. Miała tak cholernie zgrabne obydwie, nieróżniące się od siebie kształtem łydki, że dopiero za chwilę zwróciłem uwagę, że srebrne kolano odbijało błyskawice.
Padało coraz mocniej. Zrobiło się zimniej po upalnym dniu i chłód był już mocno odczuwalny. Deszcz wraz z wiatrem zacinał pod zadaszenie. Przedstawienie na niebie się jeszcze nie skończyło, jednak wszyscy nagle zaczęli tłoczyć się do wejścia, wchodząc do sali. Wtedy straciłem ją zupełnie z oczu. I chociaż wcześniej o tym pomyślałem, nie zdążyłem już podejść i spytać o jej imię.
A później? Później był bankiet. Już jej nie widziałem. Może wyszła wcześniej, w czasie przerwy? Być może muzyka mnie tak pochłonęła, że zapomniałem się rozglądnąć. Jest również bardzo prawdopodobne, że stało się to z powodu wspomnienia kogoś zupełnie innego. A kiedy się zorientowałem, że już jej nie ma, jadłem i piłem. Piłem i jadłem, jadłem
i piłem, dolewałem do kieliszka białego wina. Nakładałem wymyślne sałatki i tartinki na talerz. Jadłem i piłem. Piłem i jadłem, a kiedy wróciłem, nie klikałem nad ranem.
Błądziłem. Chodziłem po mieszkaniu to tu, to tam, robiłem wszystko, co mogłem zrobić, żeby zasnąć spokojnie o tej wczesno-późnej porze. Nie umiałem. Dawno już przestało padać. Musiałem coś zrobić.
Pomimo ciemności zapadłych nad miastem – wyszedłem. Chodziłem po parku to tu, to tam. Robiłem, co mogłem, ale nic się nie zmieniło. Wróciłem i nie zrobiłem już nic. Wiedziałem, że to wszystko na nic, że to nie to i że to wszystko oczywiście nie zależało w żadnej mierze ode mnie. Nie to? Czy nadal tkwiło we mnie tamto? Nasłuchiwałem. Tak, to było na pewno tamto.
Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny. Ale jakie były przyczyny? Nic nie słyszałem. Noc była pochmurna i świt jeszcze nie nadchodził. Nie wiedziałem. Czerwona sukienka, czy jasne włosy? Nie byłem pewien. Czy można być pewnym, kiedy się nie wie, czy to, czy tamto? I kto to wie? Ja? Ty? My? Może raczej „nie-my”? Kto wie, ten wie. A ja? Czy ja wiem? A ty?

***

Oczywiście nie zasnąłem.
A teraz znowu próbuję znaleźć rozwiązanie zagadki i w końcu się dowiedzieć, czy to, czy tamto. No to sobie słucham nie za głośno. Najpierw Café Zimmermann, francuski zespół, wykonujący muzykę barokową i klasycystyczną w interpretacji, która jest bardzo ciekawa. Kolejno Caroline Dale, brytyjska wiolonczelistka wraz ze Scottish Ensemble Jonathana Reesa, która brzmi interesująco klasycznie, ale jednak znacznie mniej zadziornie niż Francuzi, i słuchana jeszcze chwilę później Alison McGillivray, wiolonczelistka mieszkająca w Glasgow, współpracująca z ekipą The English Concert.
Tak, teraz słucham zupełnie nie nieimprowizowanego koncertu wiolonczelowego a-moll opus H.432 Wq. 170 Carla Philippa Emanuela Bacha, piątego dziecka Jana Sebastiana i Marii Barbary, tego samego koncertu, a właściwie jego III części, która kiedyś, w jakimś zupełnie przeciętnym wykonaniu tak nam się podobała, a którą wysłałem ci wcześniej whatsappem, koncertu obecnie granego przez każdego z artystów oczywiście zupełnie inaczej. Tak to przecież bywa. Dopiero teraz zdaje mi się, że chyba już wiem, co jest grane.
Wiem? A może jednak nadal nic nie wiem? No to otwieram sobie zwykłego zimnego pilznera, a potem włączam jeszcze raz po cichutku, żeby nie budzić nikogo, najlepszą z nich wszystkich Alison McGillivray wraz z The English Concert i słucham, ale to nie to. Jest jeszcze ciemno, prawie noc. Niestety, już wiem, że to i tak nic nie da. Zakładam słuchawki i jadę na full. Nagle, patrząc na twoje zdjęcia, przypominam sobie piękną, jak ty, kobietę w czerwonej sukience nad kolana i znowu czuję się trochę tak głupio, jak wtedy, kiedy na nią patrzyłem, ale już coś wiem. Wiem przynajmniej tyle, że bez ciebie na wszystkie moje pytania nadal nie umiem i najzwyczajniej nie będę wiedział, jak odpowiedzieć.

No i oczywiście nie ma obawy, zgodnie z życzeniem, nie wyślę ci tej wiadomości.
Brzmi romantycznie? Możliwe, ale jak powiedział kiedyś szczerze znajomy Rosjanin nad ranem:
Иди на хуй с романтикой. До рассвета недалеко, но вернемся в паб (1). A jednak romantycznie, bo wróciliśmy wtedy do knajpy kontynuować.
A kiedy później, po południu, wracam do domu, jakiś sąsiad o wyrobionym guście muzycznym słucha przy otwartym oknie bardzo głośno disco polo. Proste rytmy, banalne słowa i irytująco-nachalne brzmienie. A kiedy zapomnienie tego dziwnego dnia na dystansie dwunastu kilometrów ledwo, ale jednak, pomaga, nastawiam drugą kawę i włączam głośno, ale wcale nie z przekory i wcale nie za głośno, trzy różne wykonania tego samego koncertu wiolonczelowego a-moll opus H.432 Wq. 170 Carla Philippa Emanuela Bacha ze wskazaniem niemal równorzędnie na Café Zimmermann i Alison McGillivray wraz z The English Concert.
Kawa jest czarna, gorzka i smaczna. I chyba tylko dzięki temu płynę na fali spokoju, i zen.
I szał, bo Café Zimmermann mocno na tak. A jednak The English Concert i Allison są zdecydowani najlepsi! Jeszcze tylko wyczyszczę złe myśli nie tylko III częścią, ale całym koncertem a-moll na wiolonczelę i smyczki – Wq. 170: III. Allegro assai, tego samego C. P. E. Bacha w wykonaniu niezrównanego Hidemi Suzuki i Bach Collegium Japan, choć tylko przy lekko uchylonych oknach. I kończąca go ta sama z poprzedniej nocy część trzecia jest chyba jeszcze lepiej wykonana. Perfekcyjna i bez zbędnej quasi-barokowej ornamentyki, doskonała.
Bach Collegium Japan (BCJ) – orkiestra i chór specjalizujący się w muzyce barokowej, wykonywanej na instrumentach z epoki, założony został w 1990 roku przez Masaakiego Suzuki (nie Hidemiego) w celu przybliżenia japońskiej publiczności europejskiej muzyki barokowej. Jak mówi Alex Ross, amerykański krytyk muzyczny, bachowskie interpretacje zespołu pana Suzuki – tego drugiego Suzuki, Masaakiego, organisty, klawesynisty i dyrygenta, a nie Hidemiego – wiolonczelisty, choć również dyrygenta, skłaniają się raczej w stronę subtelności niż ekstrawagancji, unikając „nagłych akcentów, kwiecistych ornamentów i swobodnego tempa, które są modne w barokowej praktyce wykonawczej”.
A jednak! No to bach, bach. I tyle, jak to mówią, w temacie czerwonej sukienki.
Kawa nie była ornamentem, dała grunt do spokoju. No to czas na dalszy ciąg bachowskiego punka i India Pale Ale. Ale to już! I od razu świat pachnie inaczej i wydaje się niemal przyjazny. Szał!
Arigato, panowie Suzuki. Arigato Pani M.!
Pani M? Tak, szał? To poważna sprawa – piwo, muzyka i miłość, troje nieprzypadkowych przyjaciół, spotykających się w biedzie, jak trzy nogi żółtego stolika z przeszklonym blatem, który trochę zdobi, a trochę służy w moim małym, lecz w miarę schludnie urządzonym i utrzymanym mieszkaniu, w którym nie śmiałaś się zatrzymać, mimo moich propozycji, że na ten czas przeprowadzę się gdzieś indziej.
Tak, meine liebe Frau M, w końcu i tak nie wiadomo, kto i kiedy będzie to czytał, a pani, choć przecież cię nie ma, jest pani wciąż ucieleśnieniem mocy sprawczej tegoż wspomnienia. A kiedy o tym myślę – tak, „a kiedy” to moja ulubiona fraza – przypomina mi się Das Vorspiel, niemiecki film z piękną jak pani aktorką Niną Hoss. Co ciekawsze, tytuł filmu, skądinąd słusznie, tłumaczony jest w słownikach jako „gra wstępna”, bo tym razem nie o ars amandi, tylko o grę na skrzypcach, zwyczajne przesłuchanie młodego muzyka, chodzi. Tak, nie o wstęp tutaj idzie, tylko o jedną ze scen, rozgrywającą się w restauracji, kiedy bohaterka, nauczycielka gry na skrzypcach, grana przez jak zwykle doskonałą Hoss, tak, wiem, nie jestem obiektywny, kiedy to piękna jak ty Hoss wybiera danie na kolację.
– Lubię to, że jesteś taki otwarty i że masz także inne pozytywne cechy, które sprawiają, że chcę być z tobą w… przyjaźni – mówi pani M, ale mówiąc to, jakby ugryzła się w język i nie kończy ostatniego słowa, poprawiając je unikowo, cokolwiek asekuracyjnie:
– To znaczy, takie cechy cenię w przyjaźni.
Szał?
A kiedy Hoss, pytana przez towarzyszącego jej mężczyznę, męża, a może przyjaciela (doesn’t matter), co wybiera na kolację, podejmuje decyzję i podaje swój wybór kelnerowi. Kelner oddala się, Hoss zaraz jednak przywołuje go znowu. Kiedy kelner ponownie odchodzi od stolika, Hoss, doskonała w roli skrzypaczki, rozgląda się nerwowo, patrzy to na mężczyznę, to na salę i znowu przywołuje kelnera, zmieniając zdanie. A za chwilę? Tak, robi to jeszcze kilka razy, zanim ostatecznie zdecyduje, co wybrać. A kiedy w końcu, jak się wydaje, aprobuje swój finalny wybór i otrzymuje zamówione danie, patrzy w dziwny, ale jakby porozumiewawczy sposób na mężczyznę. Ten bez słowa zamienia talerze, oddając jej swoje danie. Wtedy odtwarzana przez Hoss postać jest, a w każdym razie przez chwilę wydaje się być, spokojna i zadowolona.
Dlaczego o tym pomyślałem? Szał minionych chwil?
Jest dobry, pogodny wieczór. Disco polo chyba już na szczęście nie brzmi. W każdym razie C. P. E. Bach tłumi go na tyle, że zupełnie o tym zapominam. Ale, ale, to niby zwyczajna India Pale Ale, ale ma cierpką nutę goryczy i ostry zapach cytrusowych wątków chmielu, a ja muszę się przyznać, że scena z restauracji, odegrana perfekcyjnie przez jasnowłosą aktorkę, jest mi jakoś dziwnie bliska, chociaż Hoss nie obcina jak ty w ostatniej rozmowie wypowiedzianego podświadomie zdania. Może to ja jestem winien…
Ja?
To z pewnością wina tych Japończyków o nazwisku Suzuki, perfekcjonistów bez ornamentyki. Trudno się dziwić, że kiedy po ponad godzinie od rozpoczęcia płyty Bach Collegium Japan pod dyrekcją Hidemiego Suzuki rozpoczyna się trzeci z kolei Bachowski koncert, właśnie Wq. 172, a dokładnie jego część trzecia – Allegro assai, i chociaż zarówno pierwszy, Wq. 170 i drugi, Wq 172, są doskonałe, to właśnie wtedy ja, głupi, ale w jakiś przedziwny sposób ukojony i zadowolony, czuję, że ciągle jeszcze kocham Panią, moja – nie moja liebe Frau M. No to prosit, skål, zdarowia! Niech zaśpiewa jeszcze na koniec twoja Anna Loos – Ich will dass du weißt, ich will dass du weißt / Da ist jemand der dich sieht…/ Ich will, dass du weißt, will dass du weißt / Da ist jemand der dich… (2).
Tak, głupi on, nie ja, Organek.
Szał? Pssst! Jutro.
Niech będzie jutro, choć to żałosne. Tak sobie myślę, kiedy sięgam po kolejną butelkę zwyczajnego (ordinary?) ordynarnego Szkopfa, zwanego tak przez nas, autorów od siedmiu kotów, cudów i boleści i od Anny Boleyn, boleśnie zwykłego niemieckiego pilznera Hopfe. Ale może dzięki temu, a nie dzięki odpuszczeniu sobie dziś dwunastu kilometrów (słuchaj swojego organizmu), jakoś, przynajmniej dziś, zaczyna mi się układać w głowie. I czerwona sukienka. Tyle w temacie. Spać, spać!
Jutro? Byle do rana! I chwała – jak to mówią po chorwacku, hvala lijepa (3)!
Spać? A jednak jeszcze dziś, nie jutro, bo już teraz, zaraz, coś każe mi włączyć po raz enty „Panny z Wilka”, najlepszy polski film. Tak, tak uważam i to wcale nie od dziś. A na jego zakończenie patrzę inaczej niż kilka lat temu na przeogromną samotność Wiktora Rubena i zamiast piwa otwieram czekoladę, z rodzynkami, którą niemal jak w teleturnieju, bo jedną wśród dziesięciu, dostałem za moją krwawicę oddaną miesiąc temu, za moją krew czerwoną, czerwoną, jak zachody słońca w Wilku. Jak czerwona sukienka nad kolana.
Jak cały ten jazz i szał.

 
(1) Ros. Idź w chuj z romantyzmem. Do świtu niedaleko, wracajmy do knajpy.
(2) Niem. Chcę żebyś wiedział, chcę żebyś wiedział / Jest ktoś, kto cię widzi… / Chcę żebyś wiedział, chcę żebyś wiedział / Jest ktoś kto…
(3) Dziękuję bardzo.

 

 

Ilustracja: Aleksandra Komsta

Urodziła się w 1994 roku. Pochodzi z Lubelszczyzny. Wychowała się w okolicach uzdrowiska Nałęczów. Tworząc szuka na wielu polach. Malarstwo i obiekt są jej bliskie, ale najlepiej opowiada rysując. Interesują ją sprawy na granicy przeoczenia, losy ludzi i przedmiotów. Studiuje malarstwo na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, ma też za sobą doświadczenia związane z kognitywistyką i filologią angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w autorskim projekcie muzycznym, gdzie pisze teksty i komponuje. Chętnie sięga po wiersze afroamerykańskich poetek, literaturę japońską i amerykańską.