sidorek - magdalena tryba

Mateusz Sidorek – Volvo jazz

 

Przy każdej stacji paliw słychać piszczenie i szczekanie. Watahy bezpańskich ogonów kołyszą się po wybrzeżu od Ałuszty, przez Jałtę, po Sewastopol. W drodze do Bakczysaraju kolejne skomlące kolektywy czekają na turystów. W sklepiku przy CPN-ie sprzedawca, który przypomina Marka Dyjaka, warczy, że nie wolno dokarmiać i podaje kluczyk do wychodka. Po wysikaniu się patrzę na jednego z nich. Stoi na czele bandy; jęzor jak różowa serpentyna dynda mu z pyska. Razem z resztą odprowadza nas do samochodu. Odjeżdżamy. Dziś już nie przyjedzie tu nikt więcej. To wielki dumny kraj, bracie, mówi Val.

Oglądam falujące i błyszczące brzuchy na plaży, staniki wyciskane jak gąbki, warkocze wyżymane jak ścierki ponad tysiąc kilometrów od miejsca, które było domem. Tak daleko nawet uśmiechy wydają się obce, a machające dłonie i inne miłe gesty są oglądane jakby przez pleksi. Wreszcie Val wraca z zimnym piwem i papierosami. Schniemy w bagażniku naszego starego volvo, zastanawiając się powoli nad dalszą włóczęgą. Ale jeszcze na chwilę mamy pokój w domku z otwartym tarasem i drewnianą podłogą – koniecznie trzeszczącą tak, żeby lokatorki słyszały, jak nocą wstajemy do lodówki i idziemy nad wodę. Nie pakujcie się do łóżek, jesteście mokrzy, syczą Jula z Anną i udają, że się złoszczą, a my, że nam tego wieczora wyjątkowo zimno.

Kopy śmieci wklejone są w las jak w kolażu. Autorzy nieznani. Parkujemy volvo między dwa największe odpadowe pagórki, by nikt nie dostrzegł go z drogi. Jemy zimne: białą kiełbasę i fasolę w sosie pomidorowym z puszki. Rozsiadamy się w fotelach, które mamy z recyklingu. Upalną nocą smród utrzymuje się nisko, blisko ziemi jak mgła, ale mamy to gdzieś. Mamy domy gdzieś. Mamy ojców gdzieś. Najprawdopodobniej gdzieś daleko za granicą, gdzie po zmroku tak głośno nie słychać wycia. Val kończy wreszcie rozmawiać przez telefon i mówi, że wie co dalej, ale to będzie długa droga.

Przez okno mieszkania w Kijowie widać park Szewczenki. Val krąży po pokoju podekscytowany i wymachując rękoma, rozlewając przy okazji piwo, opowiada, jak dobrze trafiliśmy, a Włodek jest najlepszym, co nas spotkało od bardzo dawna. O wilku mowa. Kowbojskim krokiem właśnie do nas dołącza. Na ulicach zaczyna robić się głośno i tłoczno. Tego dnia Dynamo gra u siebie z FK Lwów. Włodek mówi, że wszystko jest już przygotowane, a goście powinni być za jakąś godzinę. Mówiąc, że wszystko jest przygotowane, ma na myśli torbę piguł, kilka litrów wódki i whisky oraz Bóg jeden wie, co jeszcze, ale nie pytam, ponieważ to byłoby nie na miejscu.
Kilka godzin później siedzę w wannie pełnej gorącej wody, pozbawiony jedynie butów i skarpet, a przede mną dziewczyna o imieniu Ula ubrana we wściekle burgundową koszulę gestykuluje dłońmi tak, jakby wycinała wzory w unoszącej się parze.
Urszula – nienawidzi, jak tak się do niej mówi – zajmuje się modelingiem, fotografią, a w wolnych chwilach projektuje kostiumy do etiud filmowych, które robią jej znajomi. Ale tak naprawdę – mam się nie śmiać – chciałaby zamieszkać w Indiach, wziąć tam ślub… albo pomagać dzieciom w Południowym Sudanie. Jeszcze nie zdecydowała. Czemu akurat tam? Bo podobno jest pięknie. Tam trzeba byłoby już dorosnąć; znaleźć prawdziwy dom. Bez trzaskających drzwi, latających talerzy, tłuczonych butelek i innych zjawisk paranormalnych. Koniec z hydroksyzyną, alprazolamem, idiotami chodzącymi w wieku czterdziestu lat z odsłoniętymi kostkami… Nie chcę jej przerywać, ale najbardziej osobistą rzeczą, którą można tu zrobić, jest pozostawienie trochę DNA na kieliszkach, szklankach, metalowych słomkach i filtrach od papierosów. Włodek przytula Vala, którego oczy wypychają już powieki i brwi. Może załatwić nam pracę i przenocować, aż sobie czegoś nie znajdziemy. Ale musimy jechać. Nagły krzyk euforii wpycha mnie w wersalkę. Dynamo strzela bramkę na 1:0.

Chodzę samotnie między na wpół pustymi półkami w sklepie, w którym nigdy nie padnie zwrot „pin i zielony” albo „można zbliżyć”. Zastanawiam się, co tak śmierdzi. Psy, mówi sprzedawca. Psy? Palą. Palą? No tak, psy palą, tam w dole, kilka metrów za stacją. Val opiera się o volvo i nie wie, dokąd mamy jechać. Ani śladu drogi do domu. Szukamy nowego kierunku. Pyta o mój kraj. To wielki dumny kraj, odpowiadam. Nie pamiętam, w jakim jesteśmy wieku. Jest już ostatni dzień lata.

 

Ilustracja: Magdalena Tryba

Magdalena Tryba – ur. w 2000 r. w Tarnowie. Absolwentka Zespołu Szkół Plastycznych w Tarnowie na specjalizacji tkanina artystyczna. Laureatka konkursów, m.in.: Międzynarodowego Triennale Grafiki w Cieszynie (2018), Rysunek Satyryczny, Komiks i Animacja Filmowa w Warszawie (2018). Uczestniczka wystaw zbiorowych, m.in.: Artyści z Tarnowa Generacja 2.1 w BWA Tarnowie (2018). Autorka wystawy indywidualnej Obserwatorium, Tarnów (2016).