Patrycja Masłowska – Zwierza

Stoję wyprostowana, odrętwiała. Nie zadrży mi nawet powieka, nie poruszę się, choćby widziana kątem oka. Jak żyłka rozpięta między dwoma biegunami albo parą uszu –poważnie traktuję swoją funkcjonalność. Mój szkielet powleczony jest czarną, granitową skórą. Wyglądałabym jak kosmos, gdyby od reszty świata nie izolowała mnie solidna warstwa cegły krępująca powidoki ruchu.

Stoję, choć nie pamiętam już komendy ani nawet głosu, którym ją wydano.

Tłumię napady klaustrofobii, które rozbijają się o falochron skostniałego podnóża. Z czasem napady łagodnieją, otumanione rytmicznymi uderzeniami. Kontroluję pragnienie głębokiego wdechu – twardy pancerz trzyma żebra jak w klatce. Nauczyłam się niezauważenie zasysać powietrze, tylko tyle, ile potrzeba, by nigdy się w pełni nie nasycić, ale za to przetrwać kolejny, niedookreślony odcinek czasu. Gdzieś poniżej majaczy mgliste wspomnienie swobodnego oddychania, ale nie umiem zlokalizować go w strukturze pięter mojego ciała. Coś trzyma mnie w pionie, dotykając, zdaje się, poczucia bezpieczeństwa, stabilizacji. Raczej się nie rozsypię.

Od czasu do czasu, w chwilach, kiedy smutek przekracza granicę znieczulenia, ronię jedną, cementową łzę. Cegła, wypchnięta nagłą siłą tej emocji, spada szybko, prostopadle, by gdzieś kilkadziesiąt metrów niżej uderzyć głucho o ląd odcięty od czucia. Wyobrażam sobie, jak chmura brunatnego piachu unosi się przez chwilę nad tym wstydliwym wypadkiem, jakby w zdziwieniu na tę nieoczekiwaną oznakę życia, nie-życia. Opada jak brwi po omylnym zdziwieniu, tworząc na cegle cienką warstwę popiołu albo kurzu i tym samym przekuwając kolejny moment w monument.

Poza tym nie zdarzają mi się żadne inne uronienia, przecieki, nie produkuję płynów, wydzielin, nie wytwarzam zapachów. Niczym nie obrastam. Niezmienna jest moja temperatura. Wgłębienia, rynny, plątaniny rurociągów – są środowiskiem nieprzyjaznym nawet pleśni i bakteriom. Panuje tu sterylna, bezpieczna susza.

Długo myślałam, że nogi poniżej kolan już nie istnieją. Że przetrwał po nich tylko fantomowy ból kącika paznokcia u stopy. Że tylko to wspomnienie zostało mi z przyjemności małpiego nawyku chwytania mokrego piasku pięciopalczastą kończyną. Od jakiegoś czasu ciemność mojego umysłu rozświetla jednak tyleż delikatna, co niebezpieczna myśl o tym, że stopy są gdzieś tam nadal, wszczepione w wody gruntowe jak w stwardniały beton. Mój fundament.

Nie wiem jak długo tak stoję, czas jakby nie sięgał mojego istnienia, które wstrzymało wszystkie przejawy życia. Odpuściła wszelka cykliczność, opadając płasko na oś jednostajnej linearności. Każda próba uchwycenia logiki panującej tu temporalności zamyka się w stwierdzeniu, że jestem starym mitem. Duchem w muszli nawleczonej na długą nić pokutującej płci.

Nikt nie zakłóca mojej milczącej, spetryfikowanej tragedii. Dobrze wyposażona w obronne mechanizmy, nigdy nawet nie łudziłam się, że ktokolwiek byłby w stanie rozpoznać to, co dzieje się w środku. Mój los jest jak straszak na niegrzeczne dzieci – nikt nie pragnie zbliżać się do obiektu pogrążonego w tak beznadziejnych ciemnościach. Nie mogę jednak narzekać. Jestem tu bezpieczna, ukryta przed światem. Strzegąc odgórnie ustalonego porządku, trwam w tym samotnym zwinięciu do wewnątrz, nie znając już niczego innego niż pokora.

 

                                                            *

 

Nowe życie wyczuwam, jak tylko dobija do wyspy usypanej gdzieś w okolicach kolan. Delikatne drgnienie, ledwo postrzegalne, wyrywa mnie ze stanu półśnienia o dzieciństwie. Wybudzam się, a jednocześnie zamieram, pełna obaw, że to kolejny wytwór mojej wyobraźni przedziera się przez mury wzniesione przeciwko nadziei, w obronie przetrwania. Zaskakuje mnie jednak to nowe, niemalże fizyczne doznanie wibracji. Wszystkie zakurzone odbiorniki impulsów zewnętrznych nakierowane są teraz na południowo-zachodnią część szkieletu. Może to być przecież kolejna martwa ryba, bo tylko takie, pozbawione życia i własnej woli, ocierają się czasem chłodnym brzuchem o brzegi mojej wyspy.

Myśl o rybie porywa mnie na chwilę i już mam wrócić do półsnu, kiedy nagle znów coś mnie z niego wybudza. Drobny, ale wyczuwalny impuls, jakby ktoś wstrzyknął mi bardzo cienką igłą jedną kroplę ożywczego soku w okolicach lewej rzepki. Ukłucie pobudza zdrętwiały staw kolanowy. Nie ma mowy o tym, by czymkolwiek ruszyć, ale z narastającym niepokojem rozpoznaję coś na kształt wspomnienia czucia. Kolano, pobudzone sygnałem, przywołuje zbrązowiałe klisze sensoryczne: twarda, drewniana ławka, na której klęczy się zbyt długo; przedwczesne zdzieranie strupa, spod którego sączy się coś innego niż krew; dziesiątki drobnych kraterów po kamyczkach wpitych w skórę, po długich godzinach w amoniakowych oparach piaskownicy. Krótkie scenki rozwijają się w ułamku sekundy jak harmonijka, przypominając, że tam, w tej części ciała, działo się kiedyś życie.

Kłujący ból – to nowe uczucie, z pogranicza przyjemności i strachu, wędruje nagle ku górze, po kości udowej, rozbudzając z głębokiego letargu serię zaspanych, zaropiałych wspomnień: rozdrapanych ugryzień po komarach; grubą, swędzącą bawełnę rajstop, które doprowadzają do szaleństwa nieprzyleganiem; fotel na tyłach samochodu obleczony farbowaną skórą, która przykleja się do uda w upalne lato. Nie wiem, czy to majaki zasysają treści z pola kolektywnej pamięci, czy to może moje osobiste doświadczenia, wrośnięte głęboko w warstwę skóry właściwiej, nie poddały się wyplenieniu podczas procesu obrastania izolującą powłoką. Bezwolnie poddaję się tej uronionej kakofonii, czując jak przyspieszony z wrażenia oddech coraz łapczywiej napiera na betonową strukturę muru. Iskra wspina się coraz wyżej po fantomie nogi, precyzyjnie jak skalpel, łaskocząc i drażniąc. Dociera już do kości biodrowej, która jak purchawka eksploduje serią retrospekcji. Wspomnienie siniaka po turlaniu się z trawiastej górki oraz tępy ból tkanki ugniecionej formowaniem ciała w łuk kołyski odczuwam tak intensywnie, jakbym to wczoraj skończyła osiem lat.

Pogubiona w metryce i kalkulacjach, skołowana ambiwalencją tego doznania, nie mogę zdobyć się na reakcję. Próbuję zbierać umysłem te drobiny wspomnień, ale rozsypują mi się wszystkie jak garść szklanych kulek, bo oto właśnie przywracający życie intruz dociera do mojego podbrzusza i tam się zatrzymuje.

 

Chwila ogromnej, głuchej grozy. Po tym nowym, niebezpiecznym doznaniu, doświadczam uczucia, które wymyka się spod sumiennie trenowanej kontroli. Boję się. Coś podszeptuje mi, że to była nieprawda, że przecież nie ma we mnie już ani grama potencjału odżycia. Przypomina regułkę, że wspomnienia są niebezpieczne, bo rozbudzają nadzieję, a nie chcę być przecież pod rządami niczyjej matki, a już zwłaszcza matki głupców.

Na powrót tracę czucie i na wszelki wypadek uruchamiam proces zapominania o całym zajściu. Lęk staje teraz w szeregu z rozczarowaniem, nie dając nawet szansy osamotnionej nadziei. Szykują się do walki, którą nadzieja-matka, jako płeć słaba, z pewnością znów przegra, zgodnie z szablonem, który we mnie wgrano. Nie mogę zdobyć się na to, by stanąć po jej stronie, choć wciąż jestem rozgrzana tymi kilkoma sekundami psychosomatycznych doznań. Podejrzewam, że mogłabym się nimi karmić przez setki kolejnych chwil nie-życia. Mimo tego pozostaję pasywna.

Nie chcę już dłużej uczestniczyć w tej scenie. Kulę się w znajomych sobie kątach własnego wnętrza, rozpaczliwie próbując zamknąć oczy, ale nagle brakuje mi powiek, za którymi mogłabym się schować. Przerażona, zaczynam uzmysławiać sobie, że oto właśnie zostałam zepchnięta do kolejnego kręgu kary, że odebrano mi jedyny pozostały element suwerenności. Dociera do mnie, że teraz, pozbawiona złudzeń, w końcu zniknę, bo ostatnia nić chęci bycia i trwania właśnie wymyka mi się spomiędzy przeźrocza palców. I gdy już wydaje mi się, że słyszę jak trzeszczy pode mną ziemia, czuję nagłe, silne szarpnięcie poniżej pępka i coś zasysa mnie do wewnątrz każdego z wymiarów jednocześnie, i ściąga gwałtownie nie tyle w dół, co w głąb.

*

Gdy odzyskuję świadomość, jestem, zdaje się, bezpieczna, bo w przestrzeni za powiekami.
Nie otwieram jeszcze oczu, pragnę popieścić się tą chwilą wytęsknionej intymności, delektować możliwością wyboru. Z przyzwyczajenia, nie przypuszczając nawet, że jest dostępna inna opcja, pozostaję w głowie. Puszczam myśli w ruchu. Kołują po wnętrzu czaszki jak rozpędzone zabawki. Kopuła głowy, zazwyczaj trzymana w pionie, tym razem wydaje się nie spotykać żadnego oporu i poruszona myślokształtem, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, zaczyna chwiać się na boki. Wprowadzona w ruch wahadła, dopiero po chwili uświadamiam sobie, że MOŻLIWY STAŁ SIĘ RUCH. Niepewnie wysyłam impuls do stóp. Poruszam palcami, wyczuwając pod sobą chłodną posadzkę. Z niedowierzaniem inicjuję więc mikroruchy przegubów dłoni. Z początku nieśmiało, jeszcze zalękniona, oszczędnie stykam ze sobą opuszki palców, tak uważnie, że jestem w stanie spod zamkniętych powiek wyobrazić sobie drobne papilarne wyżłobienia. Dotykam wszystkich palców po kolei, sprawdzając nie tyle ich liczebność, co nieskończoność.
W końcu odważam się dać uwagę płucom. Nabieram głębokiego wdechu przez nos, a klatka piersiowa rozszerza się swobodnie. Przy wydechu czuję, jak spod powiek wypływają mi delikatne strużki, drobne i chłodne, pobudzając receptory skóry na policzkach. Pełzną po krągłości i wślizgują mi się do ust – w ten sposób doświadczam zmysłu smaku. Słoność sprawia, że niemalże słyszę w głowie szum oceanu. Nie wiem, czy kiedyś widziałam go naprawdę, ale teraz wyobrażenie bezkresu horyzontu zachęca mnie do drugiego wdechu.
Tym razem przez usta i nos, i wszystkie pory w skórze, śmielej, odważniej, łapczywiej, nabieram powietrza w dwie przestrzenne komory płuc. Każda z czterech kończyn, jak macka, rozszczepia palce. Wyciągam je jak najdalej, czując swoje kości, stawy i przestrzeń, nieskończoną przestrzeń wewnątrz ciała. Przyjemność, pączkująca pod skórą jak fungus, rodzi pierwszy dźwięk, który wydobywa się z mojego gardła okrągłą samogłoską. Gdy tylko opuszcza ciało, słyszę, jak jego spęczniała fala odbija się echem od czegoś w oddali.
Zwilżam usta językiem i otwieram oczy. Jestem w przestronnej, prostokątnej komnacie wyłożonej kafelkami w czarno-białą szachownicę. Rozglądam się dookoła: otacza mnie pusta, sterylna, pogrążona w farmakologicznej śpiączce przestrzeń. Patrzę na ciało, wygląda nieswojo. Przyglądam się dłoniom i bosym stopom – są ulokowane w znajomych odległościach, rozpoznaję jednak tylko ich proporcje. Ciała nie przypominam sobie znikąd, obserwuję je z ciekawością. Eksploruję jego temperaturę, kształt, miękkość, zakres ruchu. Zachwycam się wszystkimi jego funkcjami, wpasowana weń jak w rękawiczkę. Na lewym przedramieniu rozpoznaję pieprzyk.
Delektuję się głębokimi oddechami, dawkuję je sobie jak narkotyk, błądząc dłońmi po mapie tego, co właśnie kolonizuję. Na głowie znajduję warstwę krótkich, rzadkich włosów. Wplatam między nie palce i wyobrażam sobie ich kolor. Są miękkie, mocno wrośnięte w czaszkę. Odkrywam też włosy na przedramionach, pod pachami, na łonie, oraz na długości całych nóg. Wytęsknione, wyczulone opuszki palców znajdują też meszek na karku, policzkach, pod nosem i na brodzie.
Raz jeszcze rozglądam się po sali. Półmrok zjada odcienie białego i czarnego, gęstniejąc w kątach jednolitą masą cienia. Wytężam wzrok, ale nie dostrzegam w pomieszczeniu żadnych innych ciał. Echo, pustka i niezliczone kopie jednego wzoru. Obracam się dookoła, poszukując jakiejś nieregularności. Powoli budzi się we mnie potrzeba punktu zaczepienia. Przytłacza mnie sterylność tej przestrzeni. Podchodzę do ściany po lewej stronie i przypatruję się z bliska kafelkom. Czyste, nietknięte, nieskazitelne. Niczym nieskalane, powlekają chłodną warstwą ten nieużytek. Wiedziona wstrętem do tej schludności, a może z braku lepszego pomysłu, pluję na jeden z czarnych kafelków. Przez chwilę przyglądam się tej organicznej sztuce spontanicznej, rozgrzana satysfakcją. Ku mojemu zdziwieniu, splugawiona płytka po sekundzie matowieje, jakby truchlejąc i osuwając się delikatnie. Sięgam palcami do jej krawędzi i podważam jeden z narożników – odchodzi bez większego oporu. Czuję przy tym nieoczekiwaną falę przyjemności oraz coś jeszcze, przypływ nowej, nieznanej dotąd mocy. Rzucam kafelek za siebie z zaskakującą siłą, a ten uderza w przeciwną ścianę komnaty i roztrzaskuje się w pył, uszkadzając przy tym kilka kolejnych.
Odwracam się do miejsca po płytce i zauważam tam coś, co kształtem przypomina skamielinę lub zaschnięty mech. Omszała czerwień skostniałej tkanki odbija się na tle wymuskanej szachownicy. Dotykam tego palcami – w strukturze przypomina coś żywego, ale uśpionego. Coś, co było kiedyś miękkie i wilgotne, teraz jednak jest umarłe i wysuszone, z kilkoma niewielkimi kraterami zionącymi tęsknotą za wodą. Odczuwam silną wspólnotę doświadczenia z tym skrawkiem przejawu nie-życia. Próbuję usunąć kolejne płytki, ale są niewzruszone, w całej swojej nieustępliwości budząc we mnie coraz dotkliwszy wstręt i gniew.
Wyciągam dwa palce prawej ręki i wkładam je do ust. Poślinionymi palcami przejeżdżam po kilku płytkach dookoła dziury i po chwili wszystkie dotknięte przeze mnie kafelki karleją i osuwają się. Zdzieram je z łatwością i rozrzucam po podłodze – rozsypują się w drobne kawałki.
Odsłonięty fragment tkanki przypomina teraz martwą, wyblakłą rafę koralową, skupisko zastygłych skorupiaków w odcieniach spłowiałego różu, czerwieni i pomarańczy. Badam je palcami i to nagłe intymne spotkanie ze śmiercią sprawia, że oczy zachodzą mi łzami. Opieram głowę o zimne kafelki i dłonią gładzę kolczaste, gąbczaste struktury, płacząc z tęsknoty za ich żywą wersją. Wtedy jedna z moich łez sięga kawałka koralowca, to natomiast rozbudza w nim ledwo dostrzegalny sygnał elektryczny, jakby skrawek wapiennego szkieletu przeszył impuls życia. Elektron gaśnie po sekundzie, ale tym razem taka dawka nadziei wystarczy mi do działania. Robię kilka kroków w tył i zauważam, że płytki, po których ciekną łzy, kruszą się i obluzowują.
Zaczynam rozumieć, dlaczego zassano mnie w to miejsce. Postanawiam uwolnić całą tę delikatną strukturę od zimnej, odcinającej życie skorupy. Zlizuję i zdzieram kolejne jej płaty, łzy płynął mi teraz coraz intensywniej i ułatwiają pracę. Widząc to, zaczynam się śmiać. Salwy śmiechu, tłumionego przez nieokreślony ogrom czasu, szarpią moje ciało do ruchu, do tańca. Zaczynam wyczuwać w podbrzuszu, tuż poniżej pępka, że to tam jest źródło. Pozwalam ruchowi płynąć z tego miejsca. Porywa mnie do improwizacji, pod którą podczepiają się wszystkie części nowo zadomowionego ciała. Ramiona falują teraz dookoła uszu jak porosty, kreślę nimi parabole w coraz wilgotniejszym powietrzu. Zaskakuje mnie dynamika, tempo oraz każdy z dostępnych wymiarów, które otwierają przede mną przestrzeń wolną od ograniczeń, zachęcając do eksperymentu. Nieustannie przy tym zdzieram opłakane, zaplute elementy szachownicy. Jestem już w prawdziwym szale, który niesie mnie po całej komnacie. Ciało produkuje nowe wydzieliny, rozgrzana tańcem zaczynam się pocić – okazuje się, że i to jest równie śmiercionośne dla zastygłych struktur. Kładę się więc na podłodze i przylegam całym ciałem do chłodnej posadzki. Kafelki odchodzą od podłogi jak rybie łuski, odsłaniając połacie uśpionego organizmu.
Wyswobodzona tkanka zaczyna gdzieniegdzie wracać do życia, kolory nasycają się, nasiąkają wszystkim tym, co wychodzi z mojego ciała. Łączymy się w ponadgatunkowej symbiozie. Wydaje mi się, że słyszę szepty, pomruki, stłumiony chichot. Z niektórych kraterów rafy wylatują stróżki cieczy, którym kafelki poddają się bez walki. Ja zbieram ich wraki i roztrzaskuję o ściany i sufit. Jestem w szale wyzwalania dzikości w sobie i wokół siebie.
W końcu upadam na kolana wprost na ciepły, miękki miąższ podłoża. Uspokajam oddechpodnoszę oczy i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak zmieniła się przestrzeń, otrząsająca się, już teraz samodzielnie, z resztek czarno-białej skorupy. Wtedy czuję, że coś ciepłego i gęstego spływa mi po nodze – krew menstruacyjna. Uśmiechnięta, opadam na pulsujące życiem, porowate wzgórki rdzawoczerwonego mchu. Mam wrażenie, że jestem przez tę powierzchnię przyjęta wraz ze wszystkim, co mieści się w pojęciu cielesności. Po raz pierwszy w życiu nie muszę niczego zasysać do środka, nie muszę niczego powstrzymywać, chować, tamować, ukrywać – pozwalam sobie na ekspresję życia w jej najbardziej organicznej formie. Czuję się utulona przez tę miękką, ciepłą, żyjącą poduszkę, jakbyśmy wrastały się w siebie w bezkresnej wzajemności, i z tym uczuciem zsynchronizowanej błogości, zapadam w sen.

*

Budzi mnie ostre światło. Leżę na drewnianej podłodze. Zrywam się na nogi, zdezorientowana. Sprawdzam naprędce – pieprzyk na lewym przedramieniu jest nadal w tym samym miejscu. Jestem w małym, owalnym pomieszczeniu wyłożonym jasnym, pachnącym drewnem. Dostrzegam dwa jedyne okna, bez szyb i okiennic. Gdy patrzę w ich stronę naturalne światło oślepia mnie. Po chwili jednak wzrok przyzwyczaja się i zauważam, że okna przypominają kształtem parę oczu. Za nimi widać niebo, białe, wykrochmalone. Zwabiona, podbiegam do drewnianego oka i wyglądam przez nie, stając się jego źrenicą.
Jestem na samym szczycie wieży. Otacza mnie mlecznobiały bezkres. W dole zalesiony krajobraz, czubki drzew wystają z gęstej mgły wypełzającej z jeziora. Oddycham głęboko rzadkim powietrzem – zwiastunem wolności. Spoglądam prostopadle w dół i u podnóża dostrzegam wyspę, która podobnie jak w moich wyobrażeniach, przypomina zapuszczony cmentarz. Zaskakują mnie jednak sypkie grzywy trzcin, rozproszonych z rzadka wzdłuż brzegu. Ich szelest po raz pierwszy sięga moich uszu. Nowym okazuje się także dźwięk fal podmywających brzeg w interwałowych odstępach. Wyspę otaczają ciemne, mętne wody. Tafla zmącona jest siecią drobnych kręgów, którego ogniska stanowią dziesiątki drewnianych łódek, rozproszonych po całym jeziorze. Podążając wzrokiem za ich śladem dostrzegam w oddali drugą wyspę, a na niej biały budynek o pierścieniowatej budowie. Wewnątrz pierścienia – wieża z luster, niższa od otaczającego ją budynku, toteż niewidoczna z zewnątrz. Biel panoptykonu kusi legendarną obietnicą. Dzioby wszystkich łódek, jak ślepe łby kretów, skierowane są w stronę białej wyspy.
Wychylam się jeszcze bardziej i zauważam jedną, jedyną łódkę przycumowaną do brzegu tuż u podnóża czarnej wieży. Wracam do pomieszczenia. Rozglądam się po drewnianym pokoju i po przeciwnej stronie oczu dostrzegam drzwi, a tuż obok przycisk. Gdy kieruję się w ich stronę czuję, że wieża zaczyna delikatnie trząść się u nasady. Czekając na windę dostrzegam po prawej stronie zawieszone na łańcuszku lusterko wielkości orzecha. Sięgam po nie. Z odbicia patrzy na mnie twoje oko.

Ilustracja: Marta Bystroń

Marta Bystroń tworzy obrazy, ilustracje do książek i publikacji niezależnych, a także projekty graficzne. Od 2015 roku publikuje regularnie humorystyczne ilustracje na fan page’u Obrazek na dziś.(www.facebook.com/MartaBystronObrazki).Autorka zinów: Różowa sukienka, Okno Putina, Visions, Niewidzialne Przeszkody, Robale (#1, #2, #3) oraz redaktorka 1zine (antologia z gościnnym udziałem różnych twórców).

Portfolio: martabystron.pl