wałczyk - justyna michalczak

Roman Wałczyk – Biały Kieł, „Biały bóg” – recenzja filmu Kornéla Mundruczó

 

 

Ostatnio w kinematografii coraz częściej pojawiają się filmy dokumentalne czy popularno-naukowe podejmujące temat ekologii. Zdarza się też, że zagadnienie wpływu człowieka na środowisko zostaje wplecione w fabułę; kręcone są thrillery ekologiczne. Za przykład można podać „Pokot” Agnieszki Holland czy „Białego Boga” Kornéla Mundruczó. Czy jednak w przy-padku tego drugiego można mówić o jakimkolwiek kinie gatunkowym?

Pierwsze sceny tego filmu budzą skojarzenie z innym węgierskim dziełem z tego okresu, czyli „Duszą i ciałem” w reżyserii Ildikó Enyedi. Tam również spektakl otwiera mocna sekwencja przerabiania zwierząt na mięso. O ile jednak w dramacie Enyedi ludzkie okrucieństwo jest tylko punktem wyjścia do rozważań nad człowieczą egzystencją, to Mundruczo czyni to okrucieństwo głównym motywem swojego filmu.

Zawiązanie akcji zapowiada, że „Biały Bóg” będzie typową opowieścią obyczajową. Młoda dziewczyna Lila przeprowadza się do ojca na czas wyjazdu swojej matki. Lila dostaje pod opiekę psa Hagena. To stanie się kością niezgody – najpierw pomiędzy tatą a córką, później pomiędzy dziewczynką a resztą jej świata. Nikt nie znosi Hagena. Nauczyciel muzyki, sąsiadka, bezdomny – na kogokolwiek trafi pies, zawsze mu się obrywa.

Węgierski reżyser poddaje krytyce konsumpcyjne społeczeństwo, które zamiast uczynić przyrodę swoją sojuszniczką, robi z niej niewolnicę. Zabawnym, ale i celnym dopełnieniem tej krytyki jest scena z wyświetlaną w schronisku kreskówką o Tomie i Jerrym. Czym jest kultowa bajka o kocie i myszy, jak nie kolejnym produktem kultury przemocy? A może to mylny trop i, puszczając oko do widza, węgierski twórca sugeruje, w jakim kierunku rozwinie się jego film?

Wśród postaci ludzkich pozytywnych bohaterów jest jak na lekarstwo. Reżyser wodzi nas za nos, dając nadzieję na pozytywny akcent, który jednak nie wybrzmiewa. Ktoś mówi do Hagena: „ty jeden masz serce”. Ale zwraca się tak do niego nie z sentymentu, tylko chęci zysku, bo wystawia psa do walk za pieniądze. Czy niechęć do zwierząt to reakcja spowodowana strachem, brakiem zrozumienia czy uprzywilejowaną pozycją? Kto tu komu jest wilkiem? Mundruczo nie daje żadnych odpowiedzi, tylko dosadnie obrazuje pewne mechanizmy ludzkiej działalności.

Kiedy po sztampowym wstępie wydaje się, że w filmie już nic nie zaiskrzy, reżyser zmienia zasady gry o 180 stopni. Realizm zaczyna mieszać się z naturalizmem, kicz z wizualnym kunsztem. Proporcje są tak nierówne, że trudno ocenić, czy oglądamy świadomy patchwork czy pretensjonalną alegorię. Zaskakuje również fakt, że z kozła ofiarnego pies Hagen przeistacza się w głównego bohatera filmu. I to nie tylko w sensie fabularnym –przez większość czasu kamera towarzyszy właśnie zwierzęciu. Miejscami można odnieść wraże-nie, że oglądamy film familijny w rodzaju „Beethovena” czy „Lassie”, tylko że w wersji mocno zbrutalizowanej, przeniesionej w konwencję groteskowego thrillera.

„Biały Bóg” bazuje głównie na kliszach i dość ogranych schematach, ale żongluje nimi tak zręcznie, że efekt końcowy jest co najmniej udany, bo film ogląda się świetnie. Mundru-czo korzysta ze znanego modelu fabularnego: zbrodni I kary – ale jeśli ktoś da się ponieść opowieści, poczuje sporą satysfakcję, bo losy Hagena to przekorne odwrócenie klasycznego filmu Bressona o osiołku Balthazarze – tutaj kat i ofiara w końcu zamieniają się miejscami.

Dramat, pastisz, ekologiczny thriller czy slasher? Trudno zakwalifikować „Białego Boga” do jakiejkolwiek określonej kategorii. Ale jeśli ktoś zastanawiał się nad tym, jak wyglądałoby „101 Dalmatyńczyków” w reżyserii Hitchcocka albo Tarantino, film Mundraczo na pewno go usatysfakcjonuje. Nawet nie doszukując się w filmie drugiego dna i pozostawiając na uboczu kolejne
smaczki czy tropy interpretacyjne warto skonfrontować się z tym eksperymentem. Tym bardziej, że obecne czasy wzmożonej debaty nad ochroną środowiska i prawami zwierząt wskazują na to, że filmów jak „Biały Bóg” będzie coraz więcej.

„Biały Bóg” (Fehér isten), reż. Kornél Mundruczó, 2014.

 

 


Ilustracja: June Michalczasso

June Michalczasso, absolwentka Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i absolwentka Katedry Mody na warszawskiej ASP. Projektuje ubrania, ale najbardziej uwielbia projektować tkaniny. Maluje dziwne obrazy, których nie lubi, i bazgrze rysunki, które kocha.