bąk tomasz miłosz hołody

Tomasz Bąk – trzy wiersze

 

Opcja domyślna w kraju nad Wisłą

Trzydzieści siedem praktyk oporu na weekend
i filozofia uległości na wszystkie dni powszednie
,
obraz, który w najlepszym razie pragnie zgrzytać:
kolejny kasowy wykład myśliciela, który odniósł
spektakularny sukces jako autor książek
traktujących o sukcesie, także tutaj;
piękne są dni, gdy nie masz siły pomyśleć,
ostatnie chwile z letnim płynem do spryskiwaczy,
spacer z psem, którego nie trzeba jeszcze ubierać.

Pytasz, czy coś mnie gryzie – o tak, wiele rzeczy,
których staramy się sobie nie robić tej jesieni:
oglądamy serial, skupiasz się na włosach bohatera,
mówisz, że przez ostatnie sto lat nie zmieniło się wiele;
fakt, tak wygląda opcja domyślna w kraju nad Wisłą
– raz w miesiącu idziesz do fryzjera, żeby posłuchać radia,
i człowiek z nożyczkami w dłoni namawia cię na faszyzm,
choć miał tylko skrócić górę i podgolić boki,
czy będzie tak miły, gdy po Wyborowej urosną mu alcojones?

Przyjdzie jeszcze czas, by pomyśleć nad plerezą,
która brzmi, jakby była rzeką.

 

Toska

Gdy go złapać za obraz jak za suchą zimą dłoń,
świat przyjmuje ciemniejszy odcień,
by mataczyć i taić okruchy cywilizacji:
czerwony logotyp stacji benzynowej,
fluorescencyjne światło u szczytu hotelowego szyldu,
lekko mydlaną barwę reflektorów auta
– wszystko, co pozwala się chwycić
i jakoś tymczasowo umościć się w przestrzeni,
gdy asystent Google renderuje mi Polskę,
tworząc pejzaż, za który mi zapłacą
– muszę się jednak przebić ekspresówką
w godzinie kiepskich żartów rozgłośni komercyjnych
(taka godzina może trwać całe życie, serio),
przez gęstą mgłę, przez którą się wydaje,
że droga ekspresowa jest jedynie sznurkiem na pranie
przewiązanym przez dwa kasztanowce
wyrastające z nicości. To toska dróg ekspresowych,
w której tylne światło przeciwmgielne jest troską,
i gdy słyszę, że mijana ciężarówka wyje
jak Chewbacca z tęsknoty za Kashyyyk,
wskazówka radzieckiego prędkościomierza
duszy wychyla się w prawo, wskazówka
radzieckiego obrotomierza duszy
dotyka czerwonego pola, i cały się staję
kwitnieniem listopada, bo gdy inni tworzą
trójwymiarowe modele postaci, ja próbuję
zainteresować nikogo ludzikami z kasztanów,
których wykałaczki miękną w świata paszczy.

 

Polsko, oddałem Ci wszystko, i teraz jestem w piździe,
osiemnaście litrów gazu po 3.47 zł za litr, koniec listopada,
zapas na trzy dni robocze, jeśli nie wydarzy się niespodziewane,
a przecież zawsze się wydarza. Czy wers roku jest wart
poświęcenia mu dwóch linijek? Wątpliwe, wygląda jak owad,
z którego inne owady się śmieją, bo włączył myślenie,
i teraz jest skłonny przysiąc, że pandemia to globalny spisek
białych kołnierzyków, którym nie chce się prasować koszul.

Ciągle mówiłem o łomie, Polsko, i cały czas chodziło
o wytrych, który jest niczym więcej, niż czułym łomem.
Czekam na dalsze instrukcje rozparty na twym łonie,
ściskając w ręku łom-nieczuły wytrych, gotowy do wyważenia,
gdy wydarzenia przeszywające monotonię końca historii zaczynają
układać się w solidny ścieg, a ich znamieniem jest zdanie,
które sygnalizuje jedynie nieobecność zdania doskonalszego,
i poszukuję śmiałka, który to znamię skróci.

Ilustracja: Miłosz Hołody
Miłosz Hołody- rysownik (fb,inst: miłosz jest piękny), mieszka w warszawie