dalasiński komsta aleksandra

Tomasz Dalasiński – #bylem


O tym, że już byłem, dowiedziałem się przypadkowo, znajdując kiedyś w sieci propagandową sepiaśną fotografię z lat pięćdziesiątych dwudziestego stulecia, przedstawiającą postęp w mechanizacji rolnictwa PRL, sztampowo, acz sugestywnie, zobrazowany za pomocą nowoczesnych metod żniwowania, dość jednoznacznie skontrastowanych z tymi bardziej tradycyjnymi, by nie rzec: archaicznymi.

Na pierwszym planie zdjęcia, nieco po prawej stronie, wśród bujnych łanów bodajże żyta, w pocie czoła pracowali żeńcy, obok których leżała srebrna kanka z serwatką lub maślanką, a może z okowitą, i jakieś szmaciane zawiniątko, pewnie z półbochenkiem chleba i kawałem dorodnej słoniny; ot, zwykłe śniadanie mistrzów kosy. Na drugim – trochę wyżej i znacznie bardziej w centrum – rósł ścinający zboże szybciej i skuteczniej wykwit polskosocjalistycznej myśli technologicznej: narodowy kombajn ŻM-4. W dalekim tle majaczył ciemny pas lasu czy zagajnika, a ponad wszystkim świeciło ostre, najpewniej południowe, prawdopodobnie sierpniowe słońce.

Żeńców było trzech. Dwóch wpatrzonych w ziemię, tę matkę karmicielkę wpierw pociętą skibami pługów, potem brutalnie zapłodnioną siewem, a na końcu rodzącą w bólu i milczeniu. Obydwaj skupieni byli na błyszczących klingach kos ułożonych w taki sposób, że można było odnieść wrażenie, iż są one w ruchu, chociaż brak jakichkolwiek podeptanych i ściętych łodyg albo wykruszonych kłosów świadczył raczej o tym, że cała scena jest w stu procentach wystylizowana, chociaż jej bohaterowie z całą pewnością byli prawdziwi. Trzeci żeńca został przez fotografa przyłapany w trakcie krótkiej przerwy. Prawą rękę oparł o końcówkę kosiska, lewą dotykał wetkniętej za skórzany pasek osełki z piaskowca, jedną stopę twardo trzymał na ziemi, drugą położył na uchwycie kosy.

Spod daszka zasłaniającej czubek głowy czapki maciejówki wystawały mu ubrudzone, zapocone, skotłowane blond włosy opadające szerokimi pasmami na ogorzałe czoło. Oczy żeńcy – a mogłem założyć się o każdy pieniądz, że były to oczy błękitne – patrzyły wprost na mnie. W czasie rzeczywistym żeńca wpatrzony był w obiektyw aparatu i nie wiedział, nie mógł wiedzieć, że kiedyś będzie spoglądał akurat na mnie; w moim czasie rzeczywistym tak właśnie było. On patrzył na mnie, ja patrzyłem na niego i obydwaj nie mogliśmy uwierzyć w to, co widzimy. Cóż, pomyślałem wówczas, znaczy tyleż efektowna, ile, bądźmy szczerzy, w gruncie rzeczy płaska sentencja Stendhala, że powieść jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu, wobec tej fotografii, która rolę zwierciadła spełnia o dwa nieba lepiej! Bo oto żeńca sprzed jakichś sześćdziesięciu lat i oto ja, piszący o nim grubo ponad pół stulecia później, patrzyliśmy na siebie nawzajem, myśląc – ja na pewno, a on, gdyby tylko było to możliwe, pewnie też – że patrzymy w lustro. Twarz żeńcy, jego delikatny, jasny zarost, wydatny nos, nieco przymknięta prawa powieka, szerokie brwi, niemal kobiece rzęsy, cała jego postura, wzrost, waga, wiek – do złudzenia przypominały mnie samego. Nieprawdopodobna zbieżność fenotypów, fascynująca i przerażająca jednocześnie. Tak, w tamtej chwili byłem przekonany, że patrzę na samego siebie pozującego do zdjęcia, które miało zmienić zastaną rzeczywistość, które może nawet faktycznie ją zmieniło. Które zapewne opublikowano w jakiejś gazecie, książce albo ulotce i sprzedawano czy rozdawano tu i ówdzie, za które, kto wie, otrzymałem może jakąś zapłatę, choćby te 2 czy 3 złote, za co mogłem najpierw kupić, a następnie zawinąć w szmatę razem z kawałkiem dorodnej słoniny półbochenek chleba wyprodukowany ze zboża, które wcześniej sam zżąłem. Byłem przekonany, że patrzę na zdjęcie, którego wtedy być może wcale nie udało mi się zobaczyć.

To zdjęcie widziałem zresztą tylko jeden raz. Szukałem go potem wielokrotnie, wpisując w Googlach najwymyślniejsze frazy, ale nigdy nie dane mi było trafić na nie po raz drugi.

Do dziś nie wiem, kto, kiedy, w jakim miejscu i w jakim dokładnie celu wykonał tę fotografię. Nie wiem, jak nazywali się przedstawieni na niej ludzie. Wiem tylko jedno: ja już byłem. Wiem, że już byłem, i dobrze mi z tym.


Ilustracja: Aleksandra Komsta

Aleksandra Komsta urodziła się w 1994 roku. Pochodzi z Lubelszczyzny. Wychowała się w okolicach uzdrowiska Nałęczów. Tworząc szuka na wielu polach. Malarstwo i obiekt są jej bliskie, ale najlepiej opowiada rysując. Interesują ją sprawy na granicy przeoczenia, losy ludzi i przedmiotów. Studiuje malarstwo na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, ma też za sobą doświadczenia związane z kognitywistyką i filologią angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w autorskim projekcie muzycznym, gdzie pisze teksty i komponuje. Chętnie sięga po wiersze afroamerykańskich poetek, literaturę japońską i amerykańską.