Tomasz Dalasiński – Z psem

Wychodzę z psem. Pies, jak to pies, najpierw łasi się, potem niecierpliwi, szczeka, skamle; kiedy udaje mi się przypiąć smycz i założyć buty, i kiedy wreszcie znajdujemy się poza ogrodzeniem, on, mój pies, i ja, jego człowiek, czujemy namiastkę wolności. On chyba nawet bardziej niż ja, chociaż jego niewola jest niewątpliwie większa niż moja – w końcu to ja trzymam właściwy koniec smyczy. A może jest dokładnie odwrotnie?
Idziemy.
Mijamy parterowe i piętrowe domy sąsiadów, bliższych i dalszych. Mijamy domy znajomych, domy zupełnie nieznane. Domy błyszczące od światła i domy ciemne jak groby. Domy pełne i domy całkowicie opuszczone. Domy w budowie i domy w ruinie. Miejsca pod domy i miejsca po domach.
Idziemy, nie spiesząc się donikąd.
Na skraju lasu pies nagle zatrzymuje się. Nasłuchuje. Warczy, wpatrując się w dal. Na co tak patrzysz?, myślę, ale nie pytam. Psa pytać? Kieruję wzrok w tę samą stronę i oto widzę: przede mną, w odległości może dwustu metrów, idzie facet, który akurat teraz też postanowił wyjść z psem. Idzie powoli, zupełnie jak ja. Jego sylwetka i jego ruchy są jakby znajome, kogoś mi ten człowiek przypomina; kojarzę ten chód, trochę nonszalancki, trochę nieporadny. Skądś znam tego faceta, jestem tego prawie pewien. Ale skąd? Nie mogę sobie przypomnieć. I ten pies, bardzo podobny do mojego kundla, tylko trochę większy, grubszy, pewnie ciut starszy. Jakiś sąsiad? Nie, wykluczone, sąsiedzi nie mają psów, bo ich nie lubią. Kolega ze szkoły albo z pracy? Mało prawdopodobne, żaden z nich chyba nie mieszka w okolicy. Kto to może być? Nikt, absolutnie nikt nie przychodzi mi do głowy.
Kimkolwiek jednak by ten facet nie był, czuję na sobie wyraźnie jego wzrok. Widzę, że on też zdążył mnie zauważyć i łypie na mnie przez ramię. Psy weszły w tryb zdalnej interakcji, wyczuwają swoje zapachy, wyją do siebie, ale boją się zbliżyć. Może powinienem podejść, przywitać się? Ale czy wypada witać się z kimś, kto jest niby obcy? A nawet, gdybym podszedł – co mam zrobić: przedstawić się? Jeżeli on mnie zna, to wyjdę przed nim na buca i ignoranta. A jeśli się w ogóle nie przedstawię, to pomyśli, że jestem zwykłym chamem. A niech no jeszcze na dodatek o coś zapyta, nawet kurtuazyjnie. Zestresuję się, nie odpowiem właściwie albo skłamię i wtedy okaże się, że nie wiem, z kim mam przyjemność, o ile to w ogóle byłaby przyjemność, i sytuacja stanie się niekomfortowa dla nas obu.
Ponadto boję się ludzi, a już zwłaszcza takich, których nie znam, tym bardziej jeśli wydaje mi się, że ich znam.
Na wszelki wypadek postanawiam zachować dystans. On najwyraźniej także nie ma ochoty na spotkanie, bo ściąga smycz i idzie dalej, cały czas uważnie mnie obserwując. Ja też powoli ruszam i nie spuszczam z niego wzroku. Musimy mieć się na baczności.
Idziemy tak już, on z przodu, ja z tyłu, niby osobno, ale w jakiś sposób razem, od dobrego kwadransa. On raz zwalnia, raz przyspiesza; siłą rzeczy robię to samo. Mój pies wariuje coraz bardziej, coraz mocniej ciągnie w stronę tamtego, tamten robi dokładnie to samo. Z obydwu stron skomlenie.
Zbliżamy się do granicy oddziałów leśnych, może na krzyżówce duktów ten facet wreszcie pójdzie w innym kierunku?
Nie. Idzie tam, dokąd i ja po chwili idę.
Przy drugiej granicy – bez zmian.
Przy trzeciej i każdej kolejnej – jak wyżej.
Po prawie godzinie las wpierw przerzedza się, a potem kończy. Facet wychodzi na drogę asfaltową, ja wiernie podążam jego śladem. Zaraz wejdziemy w zabudowania i wtedy na pewno, wtedy już na pewno on skieruje się w swoją stronę, a ja pójdę w swoją. Rozejdziemy się i zapomnimy o tym dziwnym spotkaniu czy też niespotkaniu.
Na skrzyżowaniu gość skręca w lewo. Cholera, muszę zrobić to samo. Później kolejne lewo, prawo, dwa razy lewo i znów prawo. Dokładnie tak jak ja. Dokładnie tak jak ja!, myśli pewnie i on, bo właśnie odwraca się na ułamek sekundy, a potem przyspiesza, przyspiesza gwałtownie i wyraźnie, i niemal wbiega w wąski przesmyk między płotami sąsiadów, który jest skrótem do mojego domu – skrótem, którego praktycznie nikt nie używa. Tracę go z oczu.
Tracę go z oczu i staję jak wryty. Stoję tak dobrych kilkanaście sekund. Po co on tam poszedł? I dokąd właściwie? Przyspieszam, mijam przesmyk, zatrzymuję się przed furtką – pusto. Nigdzie nie ma żadnego faceta ani psa, nie licząc mnie i tego na drugim końcu mojej smyczy. Jest głuche, ciepłe wrześniowe popołudnie.
Rozglądam się uważnie. Nadal nic. Wchodzę na podwórko, odpinam smycz, jeszcze raz patrzę w prawo i w lewo, patrzę dookoła, upewniam się, ale nikogo nie widzę. Facet musiał znaleźć jakąś inną drogę, przecież nie mógł tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Wzruszam ramionami. Wchodzę do domu, zamykam drzwi. Mijają dni, tygodnie, miesiące, lata
i oto znów wychodzę z psem. Pies, jak to pies, najpierw łasi się, potem niecierpliwi, szczeka, skamle; kiedy udaje mi się przypiąć smycz i założyć buty, i kiedy wreszcie znajdujemy się poza ogrodzeniem, on, mój pies, i ja, jego człowiek, czujemy namiastkę wolności. On chyba nawet bardziej niż ja, chociaż jego niewola jest niewątpliwie większa niż moja – w końcu to ja trzymam właściwy koniec smyczy. A może jest dokładnie odwrotnie?
Idziemy.
Mijamy parterowe i piętrowe domy sąsiadów, bliższych i dalszych. Mijamy domy znajomych, domy zupełnie nieznane. Domy błyszczące od światła i domy ciemne jak groby. Domy pełne i domy całkowicie opuszczone. Domy w budowie i domy w ruinie. Miejsca pod domy i miejsca po domach.
Idziemy, nie spiesząc się donikąd.
Tuż za granicą lasu pies nagle zatrzymuje się. Nasłuchuje. Warczy, wpatrując się w dal. Na co tak patrzysz?, myślę, ale nie pytam. Psa pytać? Kieruję wzrok w tę samą stronę i oto widzę: za mną, w odległości może dwustu metrów, idzie facet, który akurat teraz też postanowił wyjść z psem. Idzie powoli, zupełnie jak ja. Jego sylwetka i jego ruchy są jakby znajome, kogoś mi ten człowiek przypomina; kojarzę ten chód, trochę nonszalancki, trochę nieporadny. Skądś znam tego faceta, jestem tego prawie pewien. Ale skąd? Nie mogę sobie przypomnieć. I ten pies, bardzo podobny do mojego kundla, tylko trochę mniejszy, chudszy, pewnie ciut młodszy. Jakiś sąsiad? Nie, wykluczone, sąsiedzi nie mają psów, bo ich nie lubią, nigdy ich nie lubili. Kolega ze szkoły albo z pracy? Mało prawdopodobne, żaden z nich chyba nie mieszka w okolicy. Kto to może być? Nikt, absolutnie nikt nie przychodzi mi do głowy.
Kimkolwiek jednak by ten facet nie był, czuję na sobie wyraźnie jego wzrok. Widzę, że on też zdążył mnie zauważyć i patrzy mi prosto w oczy. Psy weszły w tryb zdalnej interakcji, wyczuwają swoje zapachy, wyją do siebie, ale boją się zbliżyć. Może powinienem podejść, przywitać się? Ale czy wypada witać się z kimś, kto jest niby obcy? A nawet, gdybym podszedł – co mam zrobić: przedstawić się? Jeżeli on mnie zna, to wyjdę przed nim na buca i ignoranta. A jeśli się w ogóle nie przedstawię, to pomyśli, że jestem zwykłym chamem. A niech no jeszcze na dodatek o coś zapyta, nawet kurtuazyjnie. Zestresuję się, nie odpowiem właściwie albo skłamię i wtedy okaże się, że nie wiem, z kim mam przyjemność, o ile to w ogóle byłaby przyjemność, i sytuacja stanie się niekomfortowa dla nas obu.
Ponadto niezmiennie boję się ludzi, a już zwłaszcza takich, których nie znam, tym bardziej jeśli wydaje mi się, że ich znam.
Więc na wszelki wypadek postanawiam zachować dystans. On najwyraźniej także nie ma ochoty na spotkanie, bo ściąga smycz i nie zbliża się nawet o krok, stoi, cały czas uważnie mnie obserwując. Powoli ruszam, nie spuszczając z niego wzroku. Musimy mieć się na baczności.
Idziemy tak już, ja z przodu, on z tyłu, niby osobno, ale w jakiś sposób razem, od dobrego kwadransa. On raz zwalnia, raz przyspiesza; siłą rzeczy robię to samo. Mój pies wariuje coraz bardziej, coraz mocniej ciągnie w stronę tamtego, tamten robi dokładnie to samo. Z obydwu stron skomlenie.
Zbliżamy się do granicy oddziałów leśnych, może na krzyżówce duktów ten facet wreszcie pójdzie w innym kierunku?
Nie. Idzie tam, dokąd i ja przed chwilą poszedłem.
Przy drugiej granicy – bez zmian.
Przy trzeciej i każdej kolejnej – jak wyżej.
Po prawie godzinie las wpierw przerzedza się, a potem kończy. Wychodzę na drogę asfaltową, on wiernie podąża moim śladem. Zaraz wejdziemy w zabudowania i wtedy na pewno, wtedy już na pewno ja skieruję się w swoją stronę, a on pójdzie w swoją. Rozejdziemy się i zapomnimy o tym dziwnym spotkaniu czy też niespotkaniu.
Na skrzyżowaniu skręcam w lewo. Cholera, gość robi to samo. Później kolejne lewo, prawo, dwa razy lewo i znów prawo. Dokładnie tak jak ja. Dokładnie tak jak ja!, myślę, odwracam się na ułamek sekundy, a potem przyspieszam, przyspieszam gwałtownie i wyraźnie, bo wydaje mi się, że on mnie śledzi, chociaż nie mam bladego pojęcia, po co, i zaczynam się bać, i niemal wbiegam w wąski przesmyk między płotami sąsiadów, który jest skrótem do mojego domu – skrótem, którego praktycznie nikt nie używa.
Przyspieszam, mijam przesmyk, szybko otwieram furtkę. Jest głuche, ciepłe wrześniowe popołudnie. Patrzę w kierunku przesmyku – zza stalowego przęsła obrośniętego bluszczem wynurza się pies, potem smycz, potem ten facet. Nie czekam na nich, wpadam do domu, przekręcam klucz w zamku, odwracam się, spoglądam przez szybę w drzwiach, facet i pies zatrzymują się przed furtką, facet rozgląda się uważnie, wchodzi na podwórko, odpina smycz, jeszcze raz patrzy w prawo i w lewo, patrzy dookoła, jakby się o czymś upewniał, wzrusza ramionami, wchodzi do domu i zamyka drzwi.

Ilustracja: Magdalena Tryba

Magdalena Tryba – ur. w 2000 r. w Tarnowie. Absolwentka Zespołu Szkół Plastycznych w Tarnowie na specjalizacji tkanina artystyczna. Laureatka konkursów, m.in.: Międzynarodowego Triennale Grafiki w Cieszynie (2018), Rysunek Satyryczny, Komiks i Animacja Filmowa w Warszawie (2018). Uczestniczka wystaw zbiorowych, m.in.: Artyści z Tarnowa Generacja 2.1 w BWA Tarnowie (2018). Autorka wystawy indywidualnej Obserwatorium, Tarnów (2016).