skiba - julia soroko

Tymoteusz Skiba – Krwisty foton

 

Tekst inspirowany filmem „Photon”.

Wstaję rano przed budzikiem. Niewyspany. Rozbity na atomy. Ciężko na żołądku. Chaos zamiast porządku. Wiem, że już czas zbierać się do pracy. Kosmos kurwa. Trzeba było nie obżerać się surowym mięsem na noc. Wchodzę do salonu w samych gaciach, nabrzmiały siłą i czerwonym mięśniem. Na herbacie nalot, jakaś piana, wspomnienie wrzątku, z której chyba narodziła się Afrodyta. Trzymam w rękach tę herbatę wczorajszą i widzę, że coś jest na balkonie. Przez niedomknięte żaluzje do zaciemnionego mieszkania wpadają pręgi słońca. Piję, bo muszę zapić te kwarki. Matka podsmażyła wczoraj zajebiste kwarki. Niepodzielne cząsteczki mięsa. Czułem się jakbym zjadł wszechświat. Pożeracz światów, Saturn we własnej osobie. W bebzonie buzował mi bozon Higgsa. Dziś zamiast brzucha dźwigam ciało niebieskie, które rośnie, zwiększa masę, wiruje i przybiera niepokojąco kulisty kształt. Jestem jak Atlas. Trzymam w rękach kubek, w którym rodzi się wszechświat. Patrzę w niebo. Słońce rzyga we mnie fotonami. Ja w nie rzygam kwarkami. Normalne letnie niebo Normana Leto. Fałszywe drohobyckie lato. Fałszywe niebo z przeszłości.
Coś jest za żaluzjami. Za płonącymi storami widzę jakiś ciemny kształt. Podchodzę bliżej i już wiem. Na balkonie stoi wielki czarny byk. Wygląda monumentalnie jak kamienny posąg Wenus z Ille. Kilkaset kilogramów mięśni i kości. Czysta energia zanurzona w słońcu, jak faraonowie w sarkofagach. Martwi bogowie. Mam na balkonie uwięzioną egipską bestię i zastanawiam się, co teraz. Już nie jestem Saturnem. Nie jestem już taki mądry z bykiem na balkonie. Mój brzuch to tylko tłusty brzuch, wypchany zwłokami. Mam w żołądku czyjeś ścięgna, mięśnie i kości. Czyjąś skórę i tkanki. A na balkonie mam rogatego demona, który przyszedł mnie pożreć. Co powiem mamie? Że na balkonie wytrysnęło mi lśniące jądro ciemności? „Samo wytrysnęło?” – usłyszę ironiczne pytanie. Co powiem żonie? Że niechcący? Co z tego, że niechcący? Jak to wytłumaczę dzieciom? Tato, zabierz to. Zawiodę wszystkich. Tylko teściowa pokiwa głową i powie do córki: zawsze ci mówiłam, że z tym T. jest coś nie tak. A teraz masz dowód. O, tu, proszę, na tym balkonie masz dowód. Wielki, wściekły dowód. Co za kompromitacja! Co za…
Ale zanim zdążyłem domyśleć do końca wszystkie potwarze rzucane w moją stronę, byk wyskoczył z balkonu jak cząstka elementarna. Stoję jak wryty. Przybieram coraz dziwniejsze kształty. Miałem mieć 6pack, a mam PAX6. Zmieniony. Teraz mam oczy dookoła głowy. Dotykam dna. Kształt mój to tylko wizualny efekt uboczny tajnych zapisków DNA. Mogłem być bykiem. Albo bananem. Mogłem być zjedzony. W myślach mrocznych jak czarne dziury zmieniam formy. Tracę kształt, jak zbyt długo używana poduszka z marketu. Staję się myślącą próżnią na pracy zdalnej. Ewolucja jest ślepa. Zoom jest ślepy. Bóg jest ślepy. Nie widzą. Niestety. Też chcę być ślepy. Nie widzieć wszystkiego wokół i tego, co się dzieje pod stołem. Nie widzieć genów pod skórą. Nie widzieć byków na balkonach. Natura jest ślepa. Inaczej bym nigdy nie powstał.
Ale powstałem i wiem, że ten skok musiał skończyć się śmiercią, bo mieszkam na czwartym piętrze, nad morzem z betonu. Morderca – powiedzą. Na pewno miał coś na balkonie takiego, co popychało byki do samobójstwa. I rzeczywiście przypominam sobie, że psikałem balkon sprayem typu „antygołąb”, żeby mi skurwiele nie srały na bazylię, żeby goście mogli wyjść sobie na papierosa nie wdeptując w gówno. Ale czy ten wielki przerażający byczy bóg mógł wyczuć „antygołębia”? Dla ludzi będzie to bez znaczenia. Będziesz się chuju tłumaczyć przed sądem ostatecznym. Będziesz się skurwielu smażyć…
Zanim zdążyłem wymyślić pełen katalog tortur, na które skarze mnie sąd ludzki i boży, na balkon wskoczył nowy byk. Szybki jak foton. A może to ja stoję na balkonie? Dom. Ja. Balkon. Ja. Wszędzie. Ja. Oto właśnie efekt milionów lat kopiowania DNA. Mnożenia ciał. Rozmnożona świadomość. Umysł w umyśle. Ewolucja to punkt ksero. Jesteśmy kartkami. Odbijamy się na powielaczu płodząc kolejne kartki, aby przekazać zapisane na nas informacje. Łączymy się w bruliony, notesy, książki i wielkie encyklopedie, niekończące się narracje, wymyślamy religie, tłumaczymy sobie powstanie kserokopiarki. Wymyślamy antykoncepcję – jak uprawiać kserowanie bez kopiowania. Z punktu widzenia punktu ksero jest to bezsensowne. Z punktu widzenia religii jest to śmiertelny grzech – ale my chcemy chłonąć fotony kserokopiarki, nie dając w zamian nic.
A jednak stoję ja. Ja w salonie. A na balkonie byk. Stoi tam teraz, wielki jak ciężarówka, przesłania niemal cały widok z okien. Przesłania fotony jak czarna dziura. Dzika i wściekła zasłona. Utkana z lśniącej ciemnej materii. W powiece ma więcej mięśni niż ja mam w całym ciele. Chrapie złowrogo, jak wkurwiony Zeus i nagle przeskakuje przez barierkę. Szybko otwieram drzwi i dopadam do balustrady. Zalewa mnie ciężka i bolesna fala adrenaliny i czuję, że zaraz zemdleję jak Ozyrys. Patrzę w dół, chociaż i tak wiem co zobaczę. Plujące krwią wulkany mięsa rozbitego na betonowym chodniku.
Myliłem się. Byki przeskakują na inne balkony jak fotony Fakt ten stawia mnie w dużo lepszej sytuacji niż dotychczas myślałem. Jest to bowiem zgodne nie tylko z prawami fizyki i mechaniki kwantowej, ale też całkowicie normalne i mieszczące się w granicach zwykłego życia społecznego, takie posiadanie byka na balkonie. Zaryzykuję stwierdzenie, że to nawet w dobrym tonie, aby choć raz ugościć byka. Wszyscy tak robią i nie widzą w tym najmniejszego problemu. Wiadomo, zieleni coraz mniej, coraz więcej betonu pod nowe apartamenty, a przecież byki muszą gdzieś sobie skakać. Ruchy byków są wpisane w strukturę wszechświata, jak ruchy elektronów i protonów. Podobno ogólna teoria względności uwzględnia byka w swoich założeniach. Odetchnąłem.
Patrzę na te stada byków pasących się na naszych balkonach i myślami przenoszę się w przyszłość. Mam zmarszczki czasoprzestrzenne i włosy długości Plancka. Nie powiem, że jest byczo, bo nie jest. Rano i wieczorem muszę łykać kule energii, aby nie rozpaść się ostatecznie i definitywnie w ciepłe błoto, w herbaciany brud. Kapsułki lekko zakrzywiają czas, ale to nie potrwa wiecznie. Mam olbrzymią narośl na mózgu, utkaną z internetowego brudu. Składam się tylko z szumu. Szum i fotony. Jestem pszenicą, jęczmieniem, imię moje milion i pożera mnie bydło.
Na balkon wskoczył cielak. Wołam rodzinę, aby przyszła obejrzeć to widowisko. Zaraz zeskoczy, do swojego taty zeskoczy, mówię im. Dzieci patrzą nieco niepewnie, żona z założonymi rękami strzela oczami jak trakcja strzela iskrami. Nikt mi nie wierzy. Jak wtedy, gdy mówiłem, że wyjedziemy na fajne wakacje. No to zaraz zobaczycie. No i byczek skacze. Wyskakuje mocno, sprężyście, z gracją, leci daleko i uderza z całą siłą w betonowe schody, przypominające odłupany kawał komety, która wgniotła krater Chickxulub. Beton roztrzaskuje mu kości, ostra krawędź schodów wbija się w mózg jak trzpień do uboju, a on sam zmienia się w dygocącą krwawą miazgę. Wydaje mi się, że zdążył jeszcze pisnąć przed uderzeniem, ale nie jestem pewien. Może to byłem ja. Brzuch wywraca mi się do góry nogami jak klatka obrotowa.
Przeraża mnie bezsens tej jatki. Czuję, że umieram. Życie przelatuje mi przed oczami. Jak taśma wideo puszczona od tyłu. Moja antymatka odsmaża antykwarki. Antyja wyrzyguję pianę, na której umiera Afrodyta. Rozpadam się w musztardę francuską. Nie ma mnie w salonie, na balkonie, wszędzie mnie nie ma. Kartki wpadają do niszczarki. Staje się nitką, która dąży do światła. Znikam.
Nie żyję już jakiś czas. Może miesiąc, może tysiąc lat. Nie wiem. Mijają eony bezwładności. Przetaczają się przeze mnie ery i epoki, upadają cywilizacje, wymierają dynastie, kończą się najdłuższe epopeje, aż czas się zapada w nicości. W pewnym momencie, ku mojemu zaskoczeniu, zaczynam coś czuć. Czuję miły znajomy zapach. Otwieram oczy. Upiór. Wciąż jestem na balkonie. Minęło najwyżej kilka sekund. No tak. Zwykła dylatacja czasu i kontrakcja przestrzeni. Obracam się i wewnątrz mieszkania widzę rodzinkę. Wszyscy uśmiechnięci, machają do mnie zachęcająco. Smażą kolejną porcję steków. Jest nawet mama. Jest też teściowa. Wszyscy zadowoleni przyzywają mnie niecierpliwie. „Przecież wiesz, że tak musi być”, mówią. „Przecież wiesz, że one nie cierpią”. „Przecież to jest humanitarne”. Słucham tego z nieufnością. Nagle opada mnie strach. Wskakuję do środka jak foton i biegnę do nich z prędkością światła.
– Dla mnie krwisty! – boję się, żeby mi nie przeciągnęli steka. Z ich bezdusznymi teoriami rozprawię się po obiedzie.

 

 

Ilustracja: Julia Soroko

Julia Soroko – (ur. 1998 r.) absolwentka Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, obecnie studiuje projektowanie graficzne na Akademii Sztuki w Katowicach. Najchętniej tworzy abstrakcyjno-oniryczne ilustracje. Poza tym interesuje się wydawnictwami, liternictwem oraz kuratoruje wystawy. Fanka estetyki błędu i zniszczonych ścian.
Instagram: @oko.soroko